Rozdział 1: Znalezione pod sianem
Na mazowieckiej wsi wieczór nie spada nagle. Najpierw mięknie światło, jakby ktoś przykrył słońce cienką szarą chustą. Potem robi się chłodniej, a powietrze zaczyna pachnieć mokrą ziemią, dymem z kominów i trawą, która po deszczu oddaje zapach jak świeżo rozcięta łodyga. Na końcu przychodzą dźwięki, których w mieście prawie się nie słyszy: dalekie ujadanie psa, skrzypienie bramy, szum drzew przy rowie, a gdzieś w tle, bardzo cicho, silnik samochodu na drodze wojewódzkiej, który po chwili znika jakby wchłonięty przez pola.
Stajnia stała na skraju wsi, przy polnej drodze, która po deszczu robiła się ciemna i ciężka. Był to budynek z drewna i cegły, z dachem, na którym zawsze leżało trochę liści. Zimą wiatr zbierał tu śnieg w cienkie zaspy, a latem pod deskami śpiewały owady. Kiedy Klara wchodziła do środka, zawsze miała wrażenie, że przechodzi do innego świata. Nie całkiem magicznego, raczej upartego i żywego, rządzącego się swoim rytmem. Świata, w którym nic nie dzieje się na skróty.
Tego wieczoru padało od popołudnia. Nie była to ulewa, raczej spokojny deszcz, który nie robił hałasu, tylko przykrywał wszystko szelestem. Krople stukały o blachę na zewnątrz, a w stajni tworzyły stałe tło, jak oddech. Na korytarzu było ciepło, nie jak w domu, ale jak pod grubą kurtką. Ciepło od koni, od siana, od wilgotnego drewna. Pachniało skórą, kurzem i słodyczą paszy, która zawsze miała w sobie coś przyjemnie karmelowego.
Klara przyszła wcześniej niż zwykle, bo miała jeszcze jedną rzecz do zrobienia. W domu ojciec powiedział jej krótko, że wieczorem mają przyjechać znajomi ze wsi obok obejrzeć sprzęt, który ktoś chciał sprzedać. Niby drobiazg, ale w stajni nawet drobiazgi potrafią urosnąć do rozmiaru planu dnia. Klara usłyszała to jedno zdanie i od razu wiedziała, że pewnie skończy się tak, że będzie trzeba przenieść coś z miejsca na miejsce, znaleźć brakującą sprzączkę albo odszukać wśród czapraków ten jeden, który zawsze znika.
W boksie Tiary panował spokój. Klacz stała blisko drzwi, jak zwykle, gdy Klara się pojawiała. Tiara miała w sobie coś, co Klara nazywała „uważnością”. Nie była nerwowa. Raczej taka, która wszystko rejestruje: szelest, krok, zapach. Jakby w jej głowie stale działał cichy radar.
Klara zaczęła od podstaw. Zapięła kantar, poprawiła uwiąz, tak żeby nie plątał się pod nogami. Potem wzięła szczotkę i przesunęła nią po szyi klaczy. Kurz uniósł się w smudze światła spod żarówki. Tiara odetchnęła głębiej. To był ten moment, kiedy stajnia przestawała być miejscem obowiązków, a zaczynała być miejscem, w którym wszystko układa się w prosty, spokojny rytm: tu szczotka, tu kopyta, tu siano, tu cisza.
Klara czyściła Tiarę powoli, jakby nie chciała skończyć. Czuła pod palcami ciepło skóry, delikatną pracę mięśni, które drgały od czasu do czasu. Klacz przesunęła ciężar z jednej nogi na drugą, a potem parsknęła cicho. To parsknięcie było jak mruknięcie zadowolenia.
Klara uśmiechnęła się.
– Jeszcze tylko szyja i idziemy na siano – powiedziała półgłosem.
Tiara poruszyła uchem.
Potem drugim.
Klara od razu to wyłapała. Uszy konia potrafią opowiedzieć o nastroju więcej niż oczy. Jedno ucho zwrócone do człowieka, drugie gdzieś w dal oznacza zwykle: jestem z tobą, ale słyszę świat. Teraz oba uszy Tiary ustawiły się prosto w stronę korytarza, jak dwa małe radary.
Klara przerwała ruch szczotką.
– Co jest? – szepnęła.
Tiara uniosła głowę. Nozdrza rozszerzyły się. Klacz zrobiła pół kroku w głąb boksu, jakby chciała odsunąć się od krat.
W stajni zapadła cisza. Nie taka zwykła, stajenna, miękka. Raczej cisza napięta, jakby coś miało za chwilę się wydarzyć.
Wtedy gdzieś dalej trzasnęły drzwi.
Nie był to huk, ale dźwięk odbił się echem po korytarzu. Klara znała ten odgłos. To były drzwi od siodlarni. Zazwyczaj ktoś je przytrzymywał, bo zawiasy skrzypiały, a wiatr w tej części budynku lubił robić głupie numery. Teraz jednak brzmiało to inaczej. Jakby ktoś zamknął drzwi pośpiesznie. Albo jakby ktoś je tylko popchnął.
Klara spojrzała na Tiarę.
– Spokojnie. To pewnie przeciąg – powiedziała, ale sama poczuła, że te słowa nie brzmią pewnie.
Tiara nie odwróciła głowy. Patrzyła w tę samą stronę.
Klara odłożyła szczotkę, tak żeby nie spadła na beton, i wyszła na korytarz. Światło było żółte, lekko przygaszone. Deszcz stukał o parapet małego okna przy wejściu. W powietrzu unosił się zapach mokrego drewna.
– Halo? – zawołała.
Odpowiedziała jej tylko cisza i jedno parsknięcie z sąsiedniego boksu, krótkie, jakby koń był zirytowany hałasem.
Klara ruszyła w stronę siodlarni. Po drodze mijała boksy. Niektóre konie jadły, ich szczęki poruszały się w rytmie, który działał uspokajająco. Inne patrzyły na Klarę, jakby oceniali, czy idzie z czymś ważnym. Zawsze miała wrażenie, że konie mają swój własny sposób rozumienia ludzi. Nie przez słowa, tylko przez tempo kroków i oddech.
Drzwi siodlarni były uchylone.
Klara zatrzymała się na moment. Nie lubiła, kiedy coś w stajni było „nie tak”. Stajnia powinna działać jak zegar. Drzwi powinny być tam, gdzie zawsze. Światło powinno świecić tak samo. A jeśli coś się zmieniało, to dlatego, że ktoś to zmienił. Tak było logicznie.
Pchnęła drzwi.
W środku było cieplej niż na korytarzu. Pachniało skórą, pastą do butów i mokrym czaprakiem. Na półce leżały rękawiczki, czyjeś owijki i mała latarka, której nikt nigdy nie pamiętał naładować. Ogłowia wisiały na hakach równo, ale jedno z nich było przekręcone, jakby ktoś je dotknął i nie poprawił.
Klara rozejrzała się.
– Jest tu ktoś? – zapytała głośniej, choć wiedziała, że prawdopodobnie nie.
Nikt nie odpowiedział.
Deszcz stukał w szybę. Po pokoju przesunął się chłodniejszy podmuch, jakby okno było niedomknięte. Klara podeszła do okna i sprawdziła klamkę. Okno było zamknięte. Na parapecie stała puszka po smakołykach i stara gąbka do czyszczenia skóry, która dawno powinna wylądować w koszu.
Klara już miała wracać, kiedy coś przy podłodze błysnęło w cieniu.
Pod starym regałem z czaprakami, który stał tu chyba od zawsze, leżało coś małego. Nie był to metal tak oczywisty jak sprzączka. To był raczej błysk papieru, który odbił światło.
Klara przykucnęła.
Pod regałem, oprócz kurzu i jednej zgubionej gumki do włosów, leżała złożona na czworo kartka. Brudna, zmięta, jakby ktoś ją tam wepchnął i zapomniał.
Klara wsunęła rękę pod regał i wyciągnęła papier.
Kartka była chłodna, jakby przeleżała tam długo. Na jednym rogu miała plamę, jak po herbacie, a na krawędziach drobne rozdarcia. Ktoś ją składał nerwowo, wielokrotnie.
Klara rozłożyła ją ostrożnie.
Na górze, równym, bardzo starannym pismem ktoś napisał:
Boks 7. Nie otwierać.
Klara poczuła ukłucie w brzuchu, takie, jakie pojawia się, gdy nagle zaczynasz wątpić w coś, co do tej pory było pewne.
Boksy w stajni były ponumerowane. Klara znała tę numerację, bo kilka razy pomagała ojcu robić porządek w dokumentach. Wydawało jej się jednak, że po szóstce jest ósmy. Jakby ktoś kiedyś pominął siódemkę, bo tak. Jak w hotelach, które nie mają trzynastego piętra.
Pod tytułem był narysowany symbol. Prosty znak, czarny, jakby ktoś zrobił go szybko i mocno przycisnął długopis: litera V przecięta pionową kreską. Albo grot strzały. Albo znak, który coś oznaczał, ale tylko dla kogoś, kto go zna.
Niżej było jedno zdanie:
Jeśli Tiara zacznie się bać, znaczy, że to wróciło.
Klara wpatrywała się w imię klaczy tak, jakby ktoś napisał jej własne imię. Tiara. To nie była przypadkowa informacja. Ktoś wiedział, jak nazywa się koń, którym Klara się opiekowała. I ktoś połączył to z czymś, co „wraca”.
Klara odruchowo spojrzała w stronę drzwi siodlarni, jakby w każdej chwili ktoś miał wejść i zapytać, co ona robi z cudzą kartką.
Nikt nie wszedł.
W stajni było cicho. Za cicho.
Klara złożyła kartkę i schowała ją do kieszeni kurtki, tak jakby papier był gorący i niebezpieczny. Potem wyszła z siodlarni i prawie pobiegła do boksu Tiary.
Klacz stała tak, jak ją zostawiła, ale jej ciało mówiło coś innego. Szyja była napięta, oczy miały ten niepokojący błysk, a nozdrza pracowały, jakby Tiara próbowała złapać zapach, którego człowiek nie czuł.
– Tiara… – szepnęła Klara. – Hej, spokojnie.
Tiara parsknęła krótko. I cofnęła się o krok.
Klara spojrzała w stronę korytarza.
Na końcu, tam gdzie światło było słabsze, stały drzwi. Stare, drewniane, inne niż reszta. Klara była pewna, że wcześniej ich nie widziała w ten sposób, bo zawsze zasłaniały je bele słomy. Teraz słomy nie było. Bela była przesunięta, a przy ścianie leżały rozsypane źdźbła, jakby ktoś robił to w pośpiechu.
Na klamce wisiała cienka czarna wstążka.
Klara poczuła, że skóra na karku jej cierpnie. Wstążka nie pasowała do stajni. Tu wszystko było praktyczne. Jeśli coś wisiało, to dlatego, że miało funkcję: uwiąz, kantar, siatka z sianem. Czarna wstążka wyglądała jak znak, jak ostrzeżenie. Jakby ktoś chciał, żeby ją zauważyła.
Klara zrobiła krok w stronę drzwi.
Tiara poruszyła się w boksie niespokojnie. Jej kopyto stuknęło o beton.
– Dobrze, już – powiedziała Klara, choć sama nie wiedziała, do kogo mówi.
Zatrzymała się w połowie korytarza. W stajni panował dziwny chłód, mimo że konie oddychały ciepłem. Deszcz za oknami brzmiał teraz głośniej, jakby ktoś podkręcił głośność świata.
Klara cofnęła się do boksu Tiary, pogłaskała klacz po szyi, próbując uspokoić siebie i konia jednocześnie. Czuła pod palcami napięte mięśnie.
– Zobacz, nic się nie dzieje – powiedziała spokojniej. – Nic.
Ale Tiara nie wyglądała na uspokojoną.
Klara wiedziała jedno: sama nie powinna iść sprawdzać tych drzwi. Nie dlatego, że bała się ciemności, tylko dlatego, że stajnia miała swoje zasady. Jedną z nich było to, że jeśli coś jest zamknięte i zasłonięte, to nie bez powodu. Druga brzmiała: jeśli coś cię niepokoi, znajdź dorosłego. Albo przynajmniej kogoś, kto jest z tobą.
Maks.
Maks często kręcił się przy stajni, bo jego rodzice mieszkali w tej samej wsi. Był trochę młodszy od Klary, ale miał w sobie upór i ciekawość, które czasem były większe niż zdrowy rozsądek. Znał stajnię prawie tak dobrze jak ona. Wiedział, gdzie trzyma się stare propozycje zawodów, gdzie są zapasowe kantary i gdzie ojciec chowa klucze, kiedy mówi, że ich nie ma.
Klara rozejrzała się. W korytarzu nie było nikogo. Zwykle o tej porze ktoś jeszcze przechodził, ktoś sprzątał, ktoś wieszał czapraki. Teraz stajnia wyglądała, jakby wszyscy zniknęli. Jakby ten wieczór należał tylko do niej, Tiary i czegoś jeszcze.
Klara wyszła na zewnątrz, na chwilę, żeby złapać oddech. Deszcz był chłodny, ale nie mocny. Pod butami chlupało błoto. W oddali, za ogrodzeniem, stały ciemne pola. W jednym z domów paliło się światło. Żółte okno wyglądało jak punkt na mapie.
Wróciła do środka. Jej kurtka pachniała teraz mokrym powietrzem.
Klara przeszła do siodlarni jeszcze raz, jakby chciała upewnić się, że kartka nie była snem. Otworzyła kieszeń, dotknęła papieru. Był tam. Zgięty w kostkę.
Rozejrzała się uważniej. Zauważyła drobiazgi, które wcześniej nie rzucały się w oczy. Jedno ogłowie wisiało jakby minimalnie krzywo. Na półce leżał stary numer startowy, którego nikt nie używał. Obok niego kawałek sznurka, jakby coś było do czegoś przywiązane.
Klara podeszła do regału, pod którym znalazła kartkę. Uklękła i zajrzała w ciemność pod spodem.
Zobaczyła jeszcze coś.
Nie papier, tylko ślad. Jakby ktoś przeciągnął czymś twardym po podłodze. Cienka rysa, prowadząca w stronę ściany, gdzie stała stara skrzynia na sprzęt. Skrzynia była ciężka. Klara wiedziała, bo kiedyś próbowała ją przesunąć i nawet nie drgnęła. A jednak teraz wyglądała, jakby była minimalnie przesunięta. Nie na tyle, żeby to zauważyć od razu. Na tyle, żeby zauważyć to, kiedy już się szuka.
Klara położyła dłonie na skrzyni i spróbowała ją pchnąć. Drgnęła. Minimalnie.
Serce znów przyspieszyło.
Klara odsunęła skrzynię o kilka centymetrów. Skrzypnęła cicho. Za nią była ściana i coś, co wyglądało jak wąska szczelina, jakby w drewnie brakowało jednego elementu. Klara wsunęła palce.
W szczelinie coś było.
Wyciągnęła mały przedmiot. Czarny, płaski. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak kawałek plastiku, ale gdy spojrzała bliżej, zobaczyła, że to metalowa zawieszka. Mała, chłodna. Zarysowana. Na niej był ten sam symbol, co na kartce: V przecięte kreską. Albo grot. Albo znak.
Klara poczuła, że w środku robi jej się jednocześnie zimno i gorąco. To nie było przypadkowe. Kartka i zawieszka należały do jednej historii.
Usłyszała nagle skrzypnięcie.
Klara zamarła.
To nie była skrzynia. To był dźwięk z korytarza. Jakby ktoś stanął na desce, która skrzypi tylko wtedy, gdy naprawdę ktoś na nią wejdzie.
Klara zgasiła światło w siodlarni? Nie. Światło nadal się paliło. Ale klosz rzucał cień. Cień, w którym teraz stała.
– Tata? – zawołała cicho.
Nikt nie odpowiedział.
Skrzypnięcie powtórzyło się. Tym razem bliżej.
Klara przestała oddychać na ułamek sekundy. Potem szybko wsunęła zawieszkę do kieszeni, przesunęła skrzynię na miejsce tak, jak stała wcześniej, i wyszła z siodlarni.
Korytarz był pusty.
Tylko na końcu, przy tych starych drzwiach, czarna wstążka poruszyła się delikatnie, jakby ktoś przed chwilą przeszedł obok i zostawił po sobie podmuch.
Klara ruszyła w stronę boksu Tiary.
Klacz była jeszcze bardziej niespokojna. Przestępowała z nogi na nogę. Parę razy uderzyła ogonem o bok, jakby coś ją drażniło. Jej oczy były duże, a białka widoczne bardziej niż zwykle.
Klara otworzyła boks i weszła na moment do środka. Dotknęła szyi Tiary. Klacz była ciepła, ale napięta.
– Nie podoba mi się to – powiedziała cicho, bardziej do siebie.
Tiara parsknęła i odwróciła głowę w stronę drzwi.
Klara spojrzała na stare drzwi. Były ciemniejsze niż reszta. Drewno miało inne słoje, bardziej wyraźne. Klamka była stara, metalowa, jak w starych domach na wsi. Wstążka wisiała na niej jak cienki cień.
Klara wyszła z boksu i powoli podeszła do drzwi. Krok po kroku, jakby bała się, że jeśli się pospieszy, coś się stanie.
Zatrzymała się tuż przed nimi. Z bliska widziała, że na drewnie są ślady. Drobne zadrapania w okolicy klamki. Jakby ktoś próbował otworzyć drzwi czymś ostrym. Albo jakby klucz nie pasował i ktoś się wściekł. Na dole były też rysy, jakby coś ciężkiego było przeciągane po podłodze.
Klara przyłożyła dłoń do drzwi.
Drewno było zimne.
Jakby za nimi było chłodniej niż w stajni.
Klara cofnęła rękę.
Wtedy Tiara zarżała. Krótko, nerwowo. Nie głośno, ale wystarczająco, żeby w stajni odezwały się inne konie. Ktoś parsknął. Ktoś uderzył kopytem.
Klara odwróciła się gwałtownie.
Tiara stała w boksie, patrząc na Klarę, jakby mówiła: nie rób tego.
Klara poczuła, jak rośnie w niej upór. Nie ten dziecięcy, tylko ten, który pojawia się, gdy wiesz, że coś jest nie w porządku. Kartka. Zawieszka. Symbol. Wstążka. I to zdanie: jeśli Tiara zacznie się bać, znaczy, że to wróciło.
Co mogło „wrócić” do stajni?
Wtedy usłyszała kroki. Tym razem prawdziwe. Na końcu korytarza pojawił się ojciec, niosąc wiadro. Jego kurtka była mokra od deszczu, a na czole miał ślad zmęczenia. Spojrzał na Klarę i od razu zobaczył, że coś jest inaczej.
– Co się stało? – zapytał, stawiając wiadro.
Klara otworzyła usta, ale przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Jak wyjaśnić, że znalazła kartkę z ostrzeżeniem i symbol, i że Tiara się boi? Brzmiało to jak opowieść, którą ktoś mógłby zbyć uśmiechem.
Ojciec spojrzał na Tiarę. Klacz nadal była napięta. Ojciec zmrużył oczy.
– Coś ją spłoszyło – powiedział bardziej do siebie.
Klara poczuła ulgę, ale i strach. Jeśli ojciec też to widzi, to znaczy, że to nie jest tylko jej wyobraźnia.
– Drzwi od siodlarni trzasnęły – powiedziała w końcu. – I… Tiara się boi.
Ojciec spojrzał w stronę siodlarni, potem w stronę starych drzwiach z wstążką. Jego twarz na chwilę stężała, jakby przypomniał sobie coś, czego nie chciał pamiętać.
– Kto to powiesił? – zapytał cicho.
Klara poczuła, że serce jej zamarło.
Ojciec znał wstążkę.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, ojciec podszedł do drzwi i zdjął wstążkę jednym ruchem. Włożył ją do kieszeni, jakby to było coś niepotrzebnego. Potem dotknął klamki, sprawdził ją. Nie próbował otwierać.
– Tu nie ma czego szukać – powiedział krótko.
Klara spojrzała na niego uważnie.
– A boks 7? – wyrwało jej się.
Ojciec zatrzymał się.
Przez ułamek sekundy w korytarzu było cicho tak, że słychać było tylko deszcz i oddech koni.
Ojciec odwrócił się powoli.
– Skąd wiesz o boksie 7? – zapytał.
Klara poczuła, jak policzki robią jej się gorące.
Nie odpowiedziała od razu. W głowie miała kartkę w kieszeni. Zawieszkę. Symbol.
Ojciec patrzył na nią uważnie. Nie był zły. Był czujny. Jak ktoś, kto nagle słyszy znajome słowo w obcym miejscu.
Klara mogła w tym momencie skłamać. Powiedzieć, że usłyszała numer od kogoś. Że to żart. Ale coś w spojrzeniu ojca mówiło jej, że kłamstwo tylko pogorszy sprawę.
– Znalazłam kartkę – powiedziała w końcu.
Ojciec nie drgnął. Tylko jego palce zacisnęły się mocniej na uchwycie wiadra.
– Jaką kartkę? – spytał.
Klara sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła papier, złożony w kostkę. Rozłożyła go i podała ojcu.
Ojciec spojrzał na kartkę.
Czytał powoli. Najpierw tytuł. Potem symbol. Potem zdanie o Tiarze.
Klara widziała, jak jego twarz się zmienia. Jak w jego oczach pojawia się coś, czego nie widziała wcześniej: cień niepokoju.
Ojciec oddał kartkę Klarze. Nie powiedział nic od razu. Odwrócił głowę w stronę drzwi. Potem w stronę siodlarni. Potem znowu na Tiarę.
– Kto to napisał? – zapytał.
– Nie wiem – odpowiedziała Klara. – Znalazłam pod regałem w siodlarni.
Ojciec westchnął. Jakby w środku niego coś się ułożyło w zły sposób.
– Nie dotykaj tych drzwi – powiedział stanowczo. – I nie mów o tym innym.
Klara poczuła, że w środku pojawia się bunt.
– Ale dlaczego? – zapytała.
Ojciec spojrzał na nią.
– Bo to nie jest zabawa – powiedział krótko.
Klara chciała powiedzieć, że ona nie uważa tego za zabawę. Że Tiara się boi, a to znaczy, że coś jest nie tak. Że ktoś zostawia znaki. Że ktoś przesuwa bele słomy. Że w siodlarni była skrzynia przesunięta. Ale ojciec wziął wiadro i zrobił krok w stronę wyjścia.
– Zajmij się Tiarą – powiedział. – Ja to sprawdzę.
I wyszedł.
Klara została sama na korytarzu. Trzymała kartkę w dłoni. Deszcz nadal stukał o okna. Konie oddychały spokojniej, jakby obecność ojca na chwilę uspokoiła stajnię, ale Tiara nadal była czujna.
Klara spojrzała na drzwi, z których ojciec zdjął wstążkę. Bez wstążki wyglądały mniej groźnie, ale nadal były inne. Nadal były jak zadra w obrazie.
Wtedy Klara zobaczyła coś, co wcześniej przeoczyła. Na dole drzwi, tuż przy podłodze, było małe wgniecenie. Jakby coś uderzyło w drewno od środka. Jakby ktoś pchał. Albo kopał.
Klara poczuła, że gardło jej się zaciska.
Co było za tymi drzwiami?
I dlaczego ojciec nie chciał o tym mówić?
Klara wróciła do boksu Tiary. Klacz uspokoiła się trochę, kiedy Klara zaczęła sypać jej siano. Siano szumiało, gdy spadało do siatki, a Tiara od razu zaczęła wybierać najdłuższe źdźbła. Klara przyglądała się jej, próbując złapać choć trochę normalności. Ale normalność nie wracała.
W kieszeni czuła ciężar zawieszki, którą znalazła w siodlarni. Nie pokazała jej ojcu. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że chciała mieć coś swojego, coś, co pozwoli jej zrozumieć tę tajemnicę na własnych zasadach.
Klara wyszła z boksu i oparła się o ścianę. Przymknęła oczy. W głowie miała obraz ojca, który patrzy na kartkę i nagle robi się inny. Jakby przeniósł się na chwilę do czasu, o którym nie chce pamiętać.
To wtedy podjęła decyzję.
Nie będzie otwierać tych drzwi sama.
Ale też nie zostawi tego tak.
Maks.
Maks będzie wiedział, jak pomóc. Maks zawsze miał pomysły. Maks potrafił czytać stajenne plotki jak książkę. A przede wszystkim Maks nie zbyje jej słowami „to nic”.
Klara wzięła głęboki oddech, schowała kartkę z powrotem do kieszeni i pogłaskała Tiarę po szyi.
– Muszę znaleźć Maksa – powiedziała cicho.
Tiara parsknęła delikatnie. Jakby ostrzegawczo. Jakby zgadzała się, ale jednocześnie mówiła: uważaj.
Klara spojrzała jeszcze raz na stare drzwi na końcu korytarza.
I ruszyła w stronę wyjścia, czując, że ten wieczór dopiero się zaczyna.


